Refleksja
Jezu, chcę ufać tylko Tobie. Wszystko inne to ślepe drogi, zaułki bez wyjścia. Plewy, które wiatr rozmiata. Wszystko bowiem, co doczesne, przemija. „Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę”.
Jedno z największych napięć, jakie występują w Biblii – to napięcie między przekleństwem a błogosławieństwem. Błogosławieństwo jest tajemnicą wybrania, podczas gdy przekleństwo – to misterium odrzucenia. Chrystus jednak „wykupił nas z przekleństwa Prawa” (Ga 3,13), a przekazał we władanie błogosławieństwa i Ducha Świętego.
Pokonane przez Chrystusa przekleństwo pozostaje mimo to bolesną rzeczywistością. Atak przekleństwa następuje tam, gdzie rodzi się dobro. Zadaje nieraz straszne rany, może nawet zabić – ale nie na wieki. Dlatego „jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania” . Dopiero w świetle tajemnicy Zmartwychwstania „ucieszyło się moje serce i rozradował się mój język, także i moje ciało spoczywać będzie w nadziei” (por. Dz 2,26).
Bóg chce ratować każdego człowieka. W każdym pokłada nadzieję, bo przecież miłość „we wszystkim pokłada nadzieję” (1 Kor 13,7). Dla Boga nikt nie jest przegrany. Bóg, który nam wszystko przebaczył w swoim Synu, uczy nas, jak należy zwyciężać przekleństwo przebaczeniem i miłością. Chrześcijanin nie może już więcej złorzeczyć, lecz na wzór Jezusa błogosławić tym, którzy go oczerniają. Cóż za nagrodę mieć będziecie, jeśli „miłujecie tych, którzy was miłują”? (por. Mt 5,46). Ewangelia wprowadza nas na szczyty świętości właśnie dzięki miłości nieprzyjaciół. Błogosławcie, a nie złorzeczcie... Pokładajcie we wszystkim nadzieję. Szukajcie we wszystkim Światła...
Aby nie zwątpić w Światło, człowiek potrzebuje wychowania duszy. Lepszej lekcji niż w Kazaniu na Górze nie znajdzie. Tak wielu wokół nas nieszczęśliwych ludzi, przygniecionych różnoraką troską. Przeklętych w oczach świata. Jakże często sami się za takich uważamy... Nie możemy jednak patrzeć na życie przez pryzmat nieszczęścia. Wówczas stajemy się pesymistami, malkontentami. Szukamy wokoło winnych. Czasem mamy nawet pretensje do samego Boga. I czasem od Niego odchodzimy.
A mogę spojrzeć inaczej na swoje nieszczęście: przez pryzmat błogosławieństw. Mogę odkryć, że moja nędza i mój ból przyciąga wzrok miłosiernego Boga. W moim cierpieniu jest dla mnie szansa: błogosławieństwo Boga. Tak więc samotność może okazać się szczęściem, podobnie jak ubóstwo czy choroba, a także bezdomność. Uczy mnie tego Papież – człowiek ośmiu błogosławieństw. Schorowany, tak często samotny i w jakiś sposób bezdomny – i może dzięki temu cały świat staje się jego domem? Zatroskany, a ileż w nim pokoju, radości i mocy. Szczęścia. Ufność swą i nadzieję złożył bowiem w Panu. Idźmy w jego ślady.
ks. Tadeusz Czakański
Złota myśl tygodnia
Jubileusz to moment, w którym Bóg otwiera drzwi swojego miłosierdzia dla wszystkich. Niech będzie to czas, w którym zbliżymy się do siebie jako bracia i siostry, budując świat bardziej sprawiedliwy i pełen nadziei.
Papież Franciszek
Patron tygodnia – 17 lutego
Siedmiu Świętych Założycieli Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny
Do grona czczonych dziś Założycieli należeli: Aleksy Falconieri, Bartłomiej Amidei, Benedykt Antella, Buonfiglio Monaldi, Gerardino Sostegni, Hugo Lippi-Uguccioni oraz Jan Buonagiunta Monetti.
Najbardziej znanym z nich jest św. Aleksy Falconieri. Był kupcem i mieszkał we Florencji w czasach, kiedy kraj przeżywał rozdarcie i bratobójcze walki. W 1215 roku w samą Wielkanoc przy Ponte Vecchio we Florencji miała pojawić się Matka Boża cała we łzach, opłakująca to, że Jej dzieci są między sobą rozdarte nienawiścią i wojną. Dnia 15 sierpnia 1233 roku Matka Boża miała pojawić się po raz drugi, okryta żałobą, pełna boleści. Reakcją na te objawienia było to, że wraz z sześcioma rówieśnikami, również florenckimi kupcami, Aleksy porzucił zajęcia i usunął się na ubocze, gdzie żył w ubóstwie i pokucie. Założył z nimi pobożną konfraternię, która podejmowała zadośćuczynienie za życie i grzechy współziomków. Z czasem przeniosła się ona na Monte Senario, gdzie powstał skromny dom i kaplica Matki Bożej. Członkowie konfraterni rozważali Mękę Pańską i mieli żywą cześć do Matki Bożej Bolesnej. Tak powstał nowy zakon, tzw. serwitów, czyli sług Maryi. Wspólnota przyjęła regułę św. Augustyna, a część konstytucji przejęła od dominikanów.
Jako wędrowni kaznodzieje serwici przemierzyli Italię, Francję, Niemcy i Węgry. Dotarli nawet do Polski. W 1304 r. Stolica Apostolska zatwierdziła ich Zakon. Istnieje on do dzisiaj. Największą sławą okrył zakon św. Filip Benicjusz (+ 1285), który stał się prawodawcą tej rodziny zakonnej i najbardziej przyczynił się do jej rozpowszechnienia. Innym znanym serwitą był św. Peregryn Laziosi (+ 1345), patron chorych na raka. Niebawem powstał także zakon żeński, serwitek, którego założycielką była św. Juliana Falconieri (1270-1341), bratanica Aleksego.
Aleksy zmarł 17 lutego 1310 r., dożywszy 100 lat. Papież Benedykt XIII wszystkich siedmiu pierwszych serwitów wyniósł do chwały ołtarzy w latach 1717-1725, a papież Leon XIII zaliczył ich w poczet świętych 15 stycznia 1888 roku jako Siedmiu Świętych Założycieli Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny (nazywanych także Braćmi z Monte Senario). Ich relikwie przechowywane są w sanktuarium na Monte Senario.
Opowiadanie
Brać
Tatuś i jego synek szli podcieniami miejskiej ulicy, przy której znajdowały się sklepy i wielkie wystawy. Tatuś niósł torbę pełną paczek i sapał ze złości mówiąc do dziecka:
- Kupiłem ci czerwony kombinezon, kupiłem ci robota, kupiłem ci zestaw piłkarzy... Co jeszcze mam ci kupić?
- Weź mnie za rękę - odpowiedziało dziecko
Wierzę w Kościół – katechezy o Domu Bożym dla nas cz. 116.
Sobór Watykański II niejako na nowo objawił Kościołowi konieczność misyjnego zaangażowania. W Dekrecie o działalności misyjnej Kościoła Ad gentes mocno podkreślono, że „Kościół pielgrzymujący jest misyjny ze swej natury, ponieważ swój początek bierze według planu Ojca z posłania Syna i z posłania Ducha Świętego” (nr 2). Tym sposobem dano do zrozumienia, że zadanie nieustannej ewangelizacji rodzaju ludzkiego ma swe źródło w Bogu i w żaden sposób nie jest wymysłem Kościoła.
Od najdawniejszych czasów Kościół czerpie zobowiązanie i zapał misyjny z miłości Boga do wszystkich ludzi, zgodnie z wyznaniem św. Pawła: „Albowiem miłość Chrystusa przynagla nas” (2 Kor 5,14). Można powiedzieć, że zasadniczym motywem misyjnego zaangażowania Kościoła jest sam Chrystus. To, czego dokonał dla zbawienia rodzaju ludzkiego, należy obwieszczać aż po krańce ziemi. Chrystus o tym mówił (por. Dz 1,8) i do tego bardzo wyraźnie wzywał: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19; por. Mk 16,15). U podstaw działalności misyjnej Kościoła jest też wyraźnie objawiona powszechność woli zbawczej Boga, Jego pragnienie, aby wszyscy ludzie doszli do poznania prawdy (por. 1 Tm 2,4) i – jak to mocno podkreślili Ojcowie Soboru – powołanie wszystkich ludzi do katolickiej jedności nowego ludu Bożego, która „jest znakiem przyszłego pokoju powszechnego i do niego się przyczynia” (KK 13).
Rzecz jasna, misyjne zaangażowanie Kościoła nie stanowi zagrożenia dla wolności religijnej człowieka (por. DWR 1–2) ani dla jakiejkolwiek religii w świecie. Nie oznacza też deprecjonowania wartości religii niechrześcijańskich (por. KK 16; DRN 2; KKK 843). Ewentualne zagrożenia wiążą się z niewłaściwym sposobem urzeczywistniania dzieła ewangelizacji. Mam na myśli drogę prozelityzmu, tzn. pozyskiwania wiernych środkami i motywacją, które są sprzeczne z duchem Ewangelii; choćby znany z historii sposób: „ogniem i mieczem”. Aby na takie ścieżki nie wstąpić, trzeba pamiętać, że nakaz misyjny Chrystusa ma swe ostateczne źródło w wiecznej Miłości i że ostatecznym celem misji jest czynienie ludzi uczestnikami troistej komunii w Bogu (por. KKK 851). Nie można też zapominać, że Duch Święty jest nadrzędnym podmiotem całej misji Kościoła i że jedynie słuszną jest ewangelizacja z poddaniem się Jego prowadzeniu, tak jak postępował Jezus (por. KKK 852). To oznacza konieczność ciągłego przywoływania mocy i światła Bożego Ducha.
bp Andrzej Czaja