Telefon: +32 410 64 19    E-mail: pm05@poczta.onet.pl

Refleksja

Wyobraźmy sobie, że oto dziś staje pośród nas ktoś cieszący się dużym autorytetem społeczno–moralnym i ogłasza swój program ideowy: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają i módlcie się za tych, którzy was oczerniają”. Gdyby nawet przemilczał, że chodzi jeszcze o nadstawianie drugiego policzka, udzielanie pożyczki bez naliczania procentu i rezygnację z dochodzenia swoich praw, ilu ludzi poszłoby za tym człowiekiem? Ilu ludzi potraktowałoby to przesłanie z całą powagą? Czy znaleźliby się tacy, którzy dla poparcia tego programu oddaliby swój głos? Nie jest to zwykłe gdybanie ani problem czysto teoretyczny. Bo gdyby tacy ludzie się nie znaleźli, to by oznaczało, że po blisko dwóch tysiącach lat nie ma już pośród nas prawdziwych chrześcijan.

Dość często spotykamy się z wyznaniem: „Jestem chrześcijaninem, ale tylko do momentu, w którym nakłania się mnie do miłości nieprzyjaciół”. Ci, którzy tak twierdzą, nie zdają sobie sprawy, że tam, gdzie w ich mniemaniu chrześcijaństwo się kończy, tam się ono właściwie dopiero zaczyna. Zdaniem znanego historyka kultury Michaela Harta to właśnie przykazanie miłości nieprzyjaciół i wezwanie do zaniechania zemsty stanowi najbardziej charakterystyczną dla nauki Chrystusa zasadę etyczną, odróżniającą w sposób najbardziej wyrazisty chrześcijaństwo od innych religii i systemów etycznych. Jednocześnie Hart ubolewa, że ten najbardziej oryginalny element nauki Jezusa pozostaje wciąż „intrygującą, ale w zasadzie nie zrealizowaną sugestią”. Gdyby to była prawda, byłoby to bardzo smutne.

Wydaje się, że trudności z zaakceptowaniem tego przykazania wynikają z błędnego rozumienia istoty miłości. Rozumie się ją zwykle jako wysublimowane uczucie sympatii do drugiego człowieka, połączone z pragnieniem trwania w jego bliskości. Jest rzeczą oczywistą, że tak rozumiana miłość w odniesieniu do nieprzyjaciół jest niemożliwa. Skoro bowiem już sama sfera uczuć wymyka się spod kontroli naszej woli, to tym bardziej trudno wymusić uczucie sympatii do kogoś, kto mi wyrządza krzywdę, kto jest moim nieprzyjacielem lub wrogiem. Istota miłości nie leży jednak w uczuciach, lecz w pragnieniu i urzeczywistnianiu dobra drugiej osoby.

W praktyce może to oznaczać danie szansy nawrócenia, podjęcie działań prowokujących do poprawy lub jak by to powiedział Norwid – podniesienie nieprzyjaciół „do godności znośnych sąsiadów”. Trzeba więc jasno powiedzieć, że dając nam przykazanie miłości nieprzyjaciół Chrystus nie wymaga od nas, byśmy tych nieprzyjaciół lubili i czuli do nich sympatię. Chrystus nie każe nam ich lubić, lecz miłować, to znaczy pragnąć ich dobra i starać się to dobro urzeczywistniać.

                                                                                                ks. Antoni Dunajski

Złota myśl tygodnia

Choćby zazdrośnik odebrał bliźniemu jego talenty, mądrość, majątek, poważanie - czy przyjdzie mu coś z tego? Czy sam coś na tym zyska? Kto mu przeszkadza samemu też być szanowanym, bogatym, mądrym?

św. Jan Maria Vianney

 

Patron tygodnia – 27 lutego

Święty Gabriel od Matki Bożej Bolesnej, zakonnik

Franciszek Possenti urodził się w Asyżu 1 marca 1838 r. Gdy miał 4 lata, zmarła jego matka. Jego ojciec piastował urząd gubernatora tego miasta i okolic z ramienia Stolicy Apostolskiej, gdyż obszar ten należał wówczas do Państwa Kościelnego.

Pierwsze lata swojego życia Franciszek spędził w różnych miejscach, a to dlatego, że jego ojciec nie zdecydował się jeszcze, gdzie obrać sobie stałą rezydencję. W roku 1856 osiadł na stałe w Spoleto.

Franciszek odbywał studia najpierw u Braci Szkół Chrześcijańskich, którzy pogłębili w nim zasady religijne, wyniesione już z domu. Od roku 1850 uczęszczał do kolegium jezuitów. Należał do najlepszych uczniów. Miał wówczas 12 lat. Sakrament bierzmowania przyjął z rąk arcybiskupa Jana Sabbioni. Dbał aż do przesady o swój wygląd zewnętrzny, lubił grę w karty, tańce, imprezy artystyczne, wieczorki towarzyskie, polowania.

Po krótkim okresie zbyt swobodnej młodości 22 sierpnia 1856 r. wstąpił do klasztoru pasjonistów w Morovalle, gdzie przyjął imię zakonne Gabriel. Ojciec, który myślał o ożenieniu go z pewną panienką z dobrej rodziny, był stanowczo przeciwny, by jego syn szedł do zakonu - i to jednego z wówczas najsurowszych. Franciszek zdołał jednak przełamać opór ojca; jako 18-letni młodzieniec pożegnał bliskich i zapukał do bram nowicjatu. Obrał sobie zakon, którego celem było pogłębianie w sobie i szerzenie wśród otoczenia nabożeństwa do męki Pańskiej i do Matki Bożej Bolesnej. Te dwa nabożeństwa szczególnie przypadły mu bowiem do serca. One też uświęciły go tak dalece, że po niewielu latach wzniósł się aż na stopień heroiczny doskonałości chrześcijańskiej. Zachował się jego notatnik, w którym zapisywał postanowienia podejmowania coraz to nowych ofiar w duchu pokuty. Był gotów przyjąć wszystkie, choćby największe męki, byle tylko pocieszyć Serce Boże i Jego Matki.

Zmarł na gruźlicę 27 lutego 1862 r., mając 24 lata, nie doczekawszy święceń kapłańskich. Włosi nazywają św. Gabriela Santo del sorriso - "Świętym uśmiechu". Jest patronem kleryków i młodych zakonników. Papież św. Pius X ogłosił Gabriela błogosławionym (1908), a papież Benedykt XV wpisał go do katalogu świętych (1920). Papież Pius XI obrał św. Gabriela za patrona młodzieży włoskiej Akcji Katolickiej (1926). W roku 1953 papież Pius XII wyznaczył św. Gabriela na patrona diecezji Teramo i Atri na równi ze św. Bernardynem i św. Reparatą. Jego relikwie znajdują się w Sanktuarium św. Gabriela w Isola del Gran Sasso. Jest patronem studentów, działaczy Akcji Katolickiej oraz księży.

Opowiadanie

Oczywistość

Turysta, który przywędrował do pewnego miasta, z zainteresowaniem patrzył przez szybę taksówki na liczne kościoły w mieście.

- Widzę, że mieszkańcy tego miasta bardzo kochają Boga – zagadnął kierowcę.

- Nie wiem, czy bardzo kochają Boga. Wiem z pewnością, że kochają siebie wzajemnie! – odparł kierowca.

 

Wierzę w Kościół – katechezy o Domu Bożym dla nas cz. 117.

Generalnie w realizacji powszechnej misji Kościoła chodzi o „zanoszenie Dobrej Nowiny do wszelkich kręgów rodzaju ludzkiego” (Paweł VI, Evangelii nuntiandi, nr 18). W ramach tej jednej, jedynej misji Kościół podejmuje różne formy działalności, uwzględniając trzy zasadniczo różne sytuacje, które najczęściej zachodzą na siebie: specyficzną misję ad gentes, działalność duszpasterską i nową ewangelizację. Pierwszą, którą bł. Jan Paweł II nazywa ewangelizacją misyjną, Kościół realizuje tam, gdzie Chrystus i Jego Ewangelia nie są znane, i tam, gdzie brakuje wspólnot chrześcijańskich wystarczająco dojrzałych, aby mogły wcielać wiarę we własne środowisko i głosić ją innym grupom ludzi. Duszpasterską troskę, czyli tzw. Ewangelizację pastoralną, Kościół rozwija tam, gdzie istnieją wspólnoty chrześcijańskie, które posiadają odpowiednie i solidne struktury Kościoła, żarliwość wiary i życia, promieniują świadectwem dawanym Ewangelii, czują się zobowiązane do jej głoszenia. Natomiast trzecia forma jest dziś szczególnie potrzebna. Chodzi o nową ewangelizację, którą – zdaniem Jana Pawła II – trzeba objąć kraje o chrześcijaństwie dawnej daty, czasem także Kościoły młode, i stosować wszędzie tam, gdzie całe grupy ochrzczonych utraciły żywy sens wiary albo wprost nie uważają się już za członków Kościoła, prowadząc życie dalekie od Chrystusa i jego Ewangelii (por. RMs 33).

Ta „nowa ewangelizacja dla przekazu wiary chrześcijańskiej” była tematem obrad XIII Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów, które odbyło się od 7 do 28 października 2012 r. w Rzymie. Chodzi o ewangelizację nową w swym zapale, w metodach i przejawach, której szczególnym adresatem są ci, którzy zapomnieli o Chrystusie, którzy zaniechali praktyk chrześcijańskich i których w świątyniach już nie ma, nawet w Dzień Pański. Adresatem nowej ewangelizacji są także ci, którzy w przeżywaniu wiary nie podjęli jeszcze osobistej decyzji opowiedzenia się za Chrystusem i Jego Ewangelią; praktykują wiarę, ale bardziej z przyzwyczajenia lub dla oka drugiego człowieka. Jednym i drugim trzeba pomóc spotkać Chrystusa w wierze (por. Instrumentum laboris, nr 34, 45).

Nie jest to zadanie tylko dla pasterzy Kościoła, ale dla nas wszystkich, żywych jego członków. To jest zadanie płynące z wielkiego daru powszechności Kościoła, czyli bogatego obdarowania nas przez Chrystusa pełnią łaski i prawdy oraz z bardzo konkretnego polecenia Pana: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19). Niestety, zbyt wielu nie podejmuje tego misyjnego nakazu Jezusa. „Często uważa się, że wszelkie próby przekonywania innych w sprawach religijnych są ograniczeniem wolności. Uprawnione byłoby jedynie prezentowanie własnych poglądów i zachęcanie innych, aby postępowali w zgodzie z własnym sumieniem, bez zabiegania o ich nawrócenie do Chrystusa i na wiarę katolicką” (Instrumentum laboris, nr 35). Zwalniamy się dziś z tego obowiązku i świadczenia dobra, które nas zbawia, nawet w odniesieniu do własnych domowników, tak jakby nie zależało nam na ich zbawieniu. Trzeba więc obudzić w sobie zapał ewangelizacyjny, świadomość wielkiego obdarowania i chęć dawania darmo tego, cośmy sami otrzymali. I wcale nie trzeba zaczynać od wielkich akcji ewangelizacyjnych, ale od dzielenia się Jezusem we własnym domu. Trzeba nam dziś ewangelizatorów, którzy najpierw domownikom pomogą spotkać Jezusa w wierze.

bp Andrzej Czaja

wvm7x_